czwartek, 16 lutego 2012

Jak ja chcę mieć rację

Niezmordowanie obserwuję swoje wewnętrzne rozterki związane z chęcią posiadania racji. Moje ego ciągle się tego domaga. Jest to oczywiście uwarunkowanie, które nie jest łatwo wykorzenić.
Mogę sobie tłumaczyć, że najlepsi traderzy na świecie mają zyski do strat w stosunku 40/60 czyli częściej tracą niż zyskują. Mogę sobie tłumaczyć, że handlowanie bez strat to jak oddychanie bez wdychania lub prowadzenie firmy bez kosztów. Nic to.

Część mnie, która ma chęć posiadania racji pozostaje bardzo silna i nie chce tracić za wszelką cenę. Część mnie, która nie chce mieć racji, tylko zarabiać, jest w defensywie. Zdaje się, że ta walka będzie trwać wiecznie, ale mam nadzieję, że uwarunkowanie związane z chęcią zarabiania przeważy w końcu nad uwarunkowaniem związanym z posiadaniem racji. Mark Douglas, autor genialnej książki Trading in the Zone, twierdzi, że trzeba niestrudzenie osłabiać jedno i pielęgnować drugie.
Wydaje mi się, że pisanie bloga też w tym pomaga. Nawet jeżeli jest to pisanie do samego siebie.

7 komentarzy:

  1. Ciekawy pomysł na blog finansowy:)
    po pierwszych wpisach widzę, że warto będzie tu zaglądać:>

    Powodzenia na blogu i w inwestycjach!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Będę starał się pisać o ważnych dla inwestorów / traderów kwestiach, niekoniecznie popularnych. Zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  3. "najlepsi traderzy na świecie mają zyski do strat w stosunku 40/60 czyli częściej tracą niż zyskują."

    No cóż jest to kolejny mit rozpowszechniany przez tych co piszą książki. Najlepsi traderzy mają co najmniej 85% zyskownych transakcji albo i więcej. Znam taką osobę. Jest to wg mnie właśnie doskonale wyjaśnione w książce o której piszesz a właściwie w tytule. Należy osiągnąć taki stopień biegłości, że trading stanie się niejako drugą naturą człowieka i wtedy "you're trading in the zone" jak mówią za wielką wodą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że odpowiedzią na ten komentarz mógłby być oddzielny post, gdyż jest to szeroki temat, który na początku mnie lekko zbulwersował (te 85%), ale potem zacząłem o tym rozmyślać.

    Statystyka, którą zacytowałem, jest podawana przez autorów książek, samych traderów, którzy napisali książki (np. Curtis Faith - najlepszy z Żółwi czy Peter Brandt), bądź przeprowadzane były z nimi wywiady. Byłem również na sensownych szkoleniach, na których ją przytaczano. Moje wyniki (oczywiście daleko mi do najlepszych) w realu i testowaniu systemów pokazują, że można zarobić 20-25% na rok mając rację w 42 procentach transakcji. Wszystko to dotyczy jednak zazwyczaj średnio- lub długoterminowego podążania za trendem, gdzie nieoczekiwane zdarzenia powodują zamykanie pozycji z szybką stratą, a jak jest trend, to trzymamy się go aż przestanie być nasz friend.

    Jest jedno wielkie ale. Są też traderzy jak np. Marty Schwartz, który wygrał sobie 9 z 10 mistrzostw inwestowania. W najlepszym okresie (każde z nich trwało bodajże 4 miesiące) zarobił 781 procent. Ogólnie rzecz biorąc zarobił więcej niż wszyscy inni uczestnicy razem wzięci. Z tego co pamiętam, to osiągnął takie wyniki, nie ponosząc zbyt dużego ryzyka. Wierzę, że jego statystyka musiała być grubo ponad 50 procent zyskownych transakcji i raczej nie było to długoterminowe podążanie za trendem. Wyjaśnić by to można właśnie zawieraniu transakcji "in the zone" (opiszę to w oddzielnym poście), tym bardziej, że Marty Schwartz tracił przez pierwsze 10 lat inwestowania, a więc mógł sobie wyrobić ten typ "intuicji".
    Domyślam się jednak, że może to dotyczyć tylko najlepszych z najlepszych, którzy potrafią osiągnąć specyficzny poziom rozwoju osobistego. Jednakże z punktu widzenia konsekwentnego, rozsądnego tradera, który może odnieść sukces, oczekiwanie, że będzie miało się się 85% zyskownych transakcji, w praktyce będzie prowadziło do licznych frustracji.

    OdpowiedzUsuń
  5. OK rozwinę nieco temat bo akurat jest weekend i rynki nie działają. To, że można zarobić mając 20-25% zyskownych transakcji być może ładnie brzmi w teorii. W praktyce nie wiem czy wszedłbyś w trade po serii 15 stratnych transakcji bo do tego to się sprowadza (ja na pewno nie). Curtis Faith to zamierzchła przeszłość, nie wiem czy ktokolwiek inwestuje w ten sposób obecnie. Co do szkoleń z reguły większość z nich nie ma żadnej wartości. Oczywiście nie wiem na jakich szkoleniach czy webinarach byłeś. Dla mnie szkolenie polegające na opowiadaniu o wykresach z przeszłości bez tradingu live zaprezentowanego przez szkoleniowca na realnym rynku za jego własne pieniądze to strata czasu. Tak więc tych co piszą książki od dawna omijam z daleka, liczy się tylko realny mentor, który potrafi udowodnić że zarabia pieniądze stosując swoją metodę. Jest bardzo mało takich osób i trudno je znaleźć bo z reguły jak ktoś ma zyskowną metodę to nie za bardzo chce się nią dzielić; tym nie mniej przeszukując zasoby internetu, wiedząc czego się szuka na pewno się znajdzie. Poza tym nie ma się co oszukiwać, trading nie jest prostą sprawą i jak w każdej dziedzinie życia musisz być świetny aby osiągnąć sukces. Skoro około 80-90% zwykłych biznesów pada po roku działalności to nic dziwnego że i w tradingu musi być podobnie. Podobnie jest i w sporcie - tam mistrz może być tylko jeden itd itp. Inwestowanie na rynkach finansowych nie jest łatwe i trzeba się do tego odpowiednio przygotować - czsami muszą minąć lata zanim zobaczysz pierwsze zyski. Grunt to nie poddawać się i pokonać przeciwności.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za merytoryczną wypowiedź. Dostrzegam sceptyzym, ale jest to konstruktywny sceptycyzm praktyka.
    Sprecyzuję tylko, że mówiłem o 42% zyskownych transakcji, a 20-25% to roczna stopa zwrotu.

    Ogólnie jednak zgadzam się z wypowiedzią. Myślę, że różnimy się strategiami i stąd biorą się pewne różnice.
    Mówi się, że strategia musi być dopasowana do typu osobowości i jeżeli nie jest się w stanie znieść serii strat, to poszukuje się strategii o wyższym procentowym udziale zysków, z tym że zyski będą nieco niższe. W moim przypadku, co prawda, straty są wykańczające psychicznie, ale potrafię konsekwentnie trzymać się strategii (zdarzyło się już 11 strat z rzędu). Przeoczenie transakcji, która może przynieść 1/3 rocznych zysków bardziej boli niż te straty.

    Jeżeli chodzi o realnych mentorów i ich „trading rooms”, z których korzystałem i korzystam, to też kwestia strategii. Nieocenioną nauką jest popatrzeć jak decyzje są podejmowane przez np. Johna Cartera czy Lindę Raschkę i widzieć, że rzeczywiście zarabiają, ale nie każdy mentor inwestuje krótkoterminowo i nie każdy zawiera codziennie transakcje (tak na marginesie to fascynuje mnie ich opanowanie w trakcie zawierania transakcji). Nie odrzucałbym zatem książek, bo są tacy, którzy podejmują kilka transakcji w miesiącu i nawet nie otwierają wykresów w ciągu dnia. Inna sprawa to źródła nie traktujące o metodzie, a o psychologii inwestowania i szczytowych osiągnięć (np. według mnie szkoda byłoby przeoczyć książki Bretta Steenbargera). Po pewnym czasie czujne oko wykryje co warto czytać, a co sobie odpuścić.
    Reasumując, wydaje mi się, że krótkoterminowi inwestorzy najwięcej skorzystają chyba właśnie z realnego mentoringu plus psychologia, a długoterminowi, z przyczyn praktycznych, często muszą sięgać do dodatkowych źródeł.

    OdpowiedzUsuń